Restaurant Week w My Corner: nie taki ten dzik zły

wtorek, 20 października 2015


Zaproszenie na degustację menu przed Restaurant Weekiem przyjąłem z olbrzymim entuzjazmem. W końcu miałem okazję znaleźć się po drugiej stronie stołu i wcielić się w rolę krytyka. Poproszono mnie, abym odwiedził My Corner Restaurant & Bar, która wchodzi w skład wrocławskiego hotelu Scandic. Po otrzymaniu tej informacji biegiem zapoznałem się z zaproponowaną listą dań. Na jednej z pozycji widzę: „polędwica z dzika” i myślę: „kurcze, nie mogli mnie zaprosić chociaż na rybę?”. No nic, dodaję sobie otuchy, czas się z dzikiem zaprzyjaźnić i tym razem nie uciekać przed nim na drzewo. Przedzwoniłem natychmiast do Kasi, która (w przeciwieństwie do mnie) jest mięsożercą z prawdziwego zdarzenia. Koneserka popłakała się ze szczęścia i powiedziała, że dla dzika da się pokroić (czyli całkiem przeciwnie w stosunku do mnie). Uff, przynajmniej jedno z nas wyjdzie stamtąd zadowolone.


O samym Festiwalu słów kilka

Restaurant Week to niebywała okazja do wypróbowania wspaniałych dań przygotowanych przez wybrane Restauracje w Polsce w promocyjnej cenie 39 zł. Wystarczy na stronie Festiwalu: www.restaurantweek.pl wybrać miasto oraz restaurację z interesującym Was menu, a następnie dokonać rezerwacji na konkretny dzień i godzinę. Szefowie kuchni zajmą się zaś całą resztą i przygotują specjalnie dla Was trzydaniową ucztę, składającą się z przystawki, dania głównego i deseru. Śpieszcie się rezerwować stoliki, bo bardzo szybko znikają, a Festiwal już tuż tuż!

Casual w dobrym tonie

Wystrój każdej restauracji jest dla mnie kwestią decydującą o przekroczeniu jej progu, dlatego nie byłbym sobą, gdybym, chociaż o nim nie wspomniał. 

Zapewne, jeśli nie zaproszenie organizatorów Festiwalu do My Corner sam z siebie bym nie zajrzał. Bo powiedzmy sobie szczerze: kto odwiedza hotelowe restauracje, jeśli tam nie nocuje? W hotelach o niższym standardzie zazwyczaj odstraszają one wystrojem i kartą dań na kilometr, w tych lepszych zaś przerażają wysokimi cenami i nadętym wnętrzem. My Corner nie znajduje się w żadnej z tych dwóch grup, tworząc własną klasę samą w sobie. Nowoczesny, casualowy wystrój daje odczucie przynależności i komfortu, co zazwyczaj jest rzadkością w hotelach tej klasy. Tutaj nie musimy zakładać garnituru, a wyprasowana koszula w kratę w stylu smart casual będzie jak najbardziej na miejscu. Świadczy też o tym zwyczajny ubiór kelnerów, których, gdyby nie jednakowe stroje, trudno byłoby odróżnić od gości Restauracji. Tutaj zdecydowany plus dla My Corner, miejsca będącego nie smutną hotelową jadłodajnią, a miejscem spotkań, w którym można zjeść coś nietuzinkowego.

Gapa niestety ogromna ze mnie i zdjęcia wnętrza oczywiście nie zrobiłem, ale na stronie samej Restauracji możecie się mu przyjrzeć bliżej: www.mycorner.wroclaw.pl.


Przywitano nas chlebem i solą

Każdą restaurację cenię za gościnną atmosferę. W My Corner z pewnością da się ją odczuć. Mimo że na tasting nie musieliśmy specjalnie czekać, to już na dzień dobry podano nam świeży chleb z oliwą i zamkniętą w słoiczku morską solą z chili. Niby nic, a jednak cieszy. Prawdziwe polskie powitanie i od razu człowiek czuje swojski klimat. Staje się rozluźniony i przestaje czuć się wyobcowany w restauracyjnym wnętrzu.



Jesień w szklance zamknięta

Ale zajmijmy się festiwalowym menu. Na pierwszy ogień poszło Jesienne Trio — zupa krem w trzech odsłonach. Oryginalne podanie zachęcało do skosztowania. Radosna pomarańczowa barwa kremu z dyni spowodowała, że bez zastanowienia poszedł on na pierwszy ogień. Lekko pikantny, o wyrazistym smaku wraz z chipsem z kiełbasy kresowej (tylko czemu tak małym?) tworzył kompozycję doskonałą. Później aż żałowałem, że tak szybko się z nim rozprawiłem. Razem z K. żartowaliśmy, że był prawie tak dobry, jak przez nas ugotowany (choć tak naprawdę mnie chyba nawet bardziej smakował). 

Następnie dobrałem się do zupy krem z moich ukochanych buraków. Te czerwone bulwy darzę niezmierną miłością, więc jeśli ktokolwiek wyrządziłby im krzywdę, przyrządzając je w niewłaściwy sposób, miałby ze mną do czynienia. Na szczęście szef kuchni spisał się znakomicie. Ukoronowaniem pysznego i aromatycznego kremu była chrzanowa pianka — prawdziwa kropka nad „i” doskonalej zupy. Patent z pianką absolutnie do powtórzenia w domu!



Degustację jesiennych zup zwieńczył krem z topinamburu. Moim zdaniem najmniej smaczny z całej trójki, jednak uważam, że niczego poza brakiem pikanterii nie można było mu zarzucić. Dla mnie był po prostu zbyt delikatny, kremowy, o dominującym słonecznikowym posmaku. Mimo że sam topinambur bardzo lubię, to tylko w wydaniu z solidną porcją chili lub chrzanu, które nadają warzywu solidnego kopa. Chociaż oczywiście widzę w tym wszystkim zamysł szefa kuchni, który chciał, aby każda zupa była wyjątkowa i dawała kompletnie inne wrażenia smakowe, więc ta delikatność ostatniego kremu idealnie się w tę kompozycję wpisywała. A i byłbym niemal zapomniał: zupa była podana również z chrupiącym chipsem z jarmużu, który nadał jej osobistego charakteru. 

Całość tworzyła kompozycję doskonałą. Na talerzu znalazły się wszystkie smaki i kolory jesieni, które kojarzyły mi się ze spadającymi właśnie z drzew liśćmi. Sezonowość była widoczna w każdym calu.


Dzik jest dziki, dzik (nie) jest zły

Drugie danie to oczywiście wspomniany na początku dzik, a właściwie jego najsmaczniejsza część, czyli polędwica. Danie bardzo ładnie i zachęcająco podane — szczególnie podobała mi się ażurowa grzanka, wyglądająca tak lekko i niewinnie. Jedynie miałem drobne obiekcje do kiełbaskowatego kształtu mięsa, ale tutaj może objawiła się moja niechęć do tego typu wyrobów. Polędwiczka była podana na wyśmienitym purée z pasternaku, z konfitowaną marchwią (zdecydowanie miałem ochotę na więcej) i musem z czerwonej kapusty, który nabierając się spontanicznie na widelec, wprost eksplodował w ustach.

Clue samej potrawy, czyli rzeczony dzik był bardzo poprawnie przyrządzony. Delikatny, soczysty, przyjemnie się kroił i smakował nawet rzeczonemu przeciwnikowi dziczyzny, czyli mnie. Jego charakterystyczny leśny smak, delikatnie i w nienarzucający sposób przebijał się spod sosu na lipowym miodzie z lokalnej pasieki Migoccy, którym był okraszony. Mimo wszystko dla mnie najsmaczniejsza była cała oprawa dania, a dzik tworzył tylko konieczny, acz niezły dodatek. Ale cóż, żaden koneser tego gatunku mięsa ze mnie jest. K. była zaś wyraźnie zachwycona i z nieukrywaną przyjemnością spałaszowała swoją porcję.




Deser, za którym musieliśmy obejść się smakiem

Jak wiadomo, zwieńczeniem każdego posiłku jest deser i tutaj niestety ogromne rozgoryczenie z mojej strony, bo ze względu na pewne problemy natury technicznej nie mogliśmy go podczas tastingu spróbować. A szkoda, bo zapowiadał się pysznie: owocowe tiramisu ze śliwką z kawowym fettuccine i zabajone Prosecco. Pragnę tutaj zaznaczyć, że oczywiście, że Wam to nie grozi! Jednym z filarów Restaurant Weeka jest Trzydaniowe doświadczenie restauracyjne, więc tylko my jako krytycy przedfestiwalowego menu musieliśmy obejść się smakiem. Ale spokojnie! Nadrobimy to podczas wydarzenia. ;)

Słowo na zakończenie

Podsumowując, Łukasz Zaczyński — Szef Kuchni w My Corner Restaurant & Bar dał radę i zaserwował nam fajne sezonowe menu, które z całą pewnością dopieściło nasze kubki smakowe. Regionalne produkty stanowiły ważną część wykreowanych przez niego potraw i pokazały mi, że warto otwierać się nawet na mało lubiane smaki, bo przy właściwym przyrządzeniu potrafią zaskoczyć. Zostaliśmy bardzo miło i sprawnie obsłużeni, co niezależnie od sytuacji (byliśmy umówieni na konkretną godzinę) bardzo się ceni. Wystrój i atmosferę, panującą w Restauracji również oceniam na plus. Kończąc mój wywód, nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do szybkiego dokonania Rezerwacji stolika w My Corner Restaurant & Bar, jak i w innych Restauracjach, biorących udział w Festiwalu. Do zobaczenia przy stole!



*Więcej informacji na temat Restaurant Weeka znajdziecie tutaj: Facebook, Instagram, strona Festiwalu.

Zainteresował Ciebie ten wpis? Zobacz również:

0 komentarze