Liebster Award - czyli kto pyta, ten długie odpowiedzi dostaje

niedziela, 13 grudnia 2015

Tydzień temu zostałem nominowany przez Trawkę Cytrynową do nagrody Liebster Award. Mimo że nie lubię takich łańcuszków i sama idea tej nagrody wydaje mi się błaha, to zrobiło mi się niesamowicie miło. Chyba tak to już jest, że póki się nie poczuje tego na własnej skórze, to się tego nie docenia. Gosia, która prowadzi tego bloga wraz z mężem, rozgrzała moje zimne serducho swoimi ciepłymi słowami i „zmusiła” mnie do wylewnych zwierzeń. Za co jej serdecznie dziękuję, bo miło jest dostać taką nominację od kogoś, kogo bardzo cenię za wykonywaną pracę. Mimo że Trawkę poznałem całkiem niedawno — dopiero gdy razem byliśmy nominowani w tegorocznym konkursie Blog Day, to od razu zdobyła moje uznanie. Zachwycające dech w piersiach zdjęcia, smaczne przepisy i profesjonalizm w prowadzeniu bloga spowodowały, że zyskałem kolejne miejsce warte obserwowania. Koniecznie wpadnijcie do nich: trawkacytrynowa.pl!

O IDEI LIEBSTER AWARD

To wyróżnienie przyznawane od blogera dla blogera, które pomaga nam wzajemnie przybliżać nasze sylwetki i pokazać kto stoi po drugiej stronie. W końcu bloger też człowiek i czasami warto go trochę lepiej poznać. ;) Formą tego poznawania jest miniwywiad, którego udzielamy na życzenie bloga wyróżniającego. No to do dzieła, bo Gosia zadała wcale nie takie proste pytania!

1. Jaka jest twoja największa kulinarna słabość?

Zależy jak na to spojrzeć. Jeśli ze względu na rzeczy, które robię w kuchni, a nie powinienem, to na pewno podjadanie. Uważam, że potrawa podana na talerzu nie smakuje tak dobrze, jak ta wyjadana prosto z garnka. Oczywiście robię to w ramach sprawdzania, czy aby na pewno jest wszystko dobrze doprawione. ;)

Jeśli zaś miałbym powiedzieć o swojej słabej stronie, to na pewno byłaby to czekolada. Nie znam drugiej tak kapryśnej kochanki w kuchni! Potrafi nie pasować jej wszystko: począwszy od warunków atmosferycznych i panującą w kuchni aurę przez wilgotność powietrza i temperaturę po nawet humor gotującego. Raz temperuje się tak, jak trzeba, a innym razem strzela focha mimo gry wstępnej przeprowadzonej zgodnie z jej najskrytszymi pragnieniami. Już nie wspomnę o tym, jak potrafi się ni stąd, ni zowąd zważyć w kremie, oczywiście tylko wtedy, gdy ma nim zostać przełożony tort wielkiej wagi. Tak wiem, to wielka plama na moim honorze i chyba nie pozostaje mi nic innego jak przestać się ubiegać o miano cukiernika. :P

2. Jaka jest ulubiona kulinarna pora roku?

Zdecydowanie lato! Z dwóch przyczyn: ubóstwiam kolory w kuchni, a ich właśnie o tej porze roku jest całe mnóstwo, a po drugie kocham owoce jagodowe, które w okresie letnim kupuję na tony.

3. Opisz swój największy kulinarny niewypał.

Oj, to była moja największa kulinarna tragedia wszech czasów! Oczywiście, jak to przystało na takie sytuacje, bardzo mi wtedy zależało, aby wszystko udało się jak najlepiej. Pewnego majowego wieczora zaprosiłem bliską mi osobę na pierwszą randkę. Zaplanowałem obłędne menu, w którym swoje miejsce znalazły dania, które przygotowywałem już wiele razy (oczywiście dla bezpieczeństwa). Pierwszym daniem był mój sławetny quiche lorraine, którym zdobyłem już serce niejednej i niejednego. Do dziś nie wiem, jak to się stało, ale przyrządziłem wtedy na spód najgorsze kruche ciasto, jakie było tylko możliwe do zrobienia — suche jak wiór i rozsypujące się pod naporem widelca. Ja — spec od kruchych maślanych spodów — i taki numer! No nic, pomyślałem, skoro pierwsze danie nie wyszło, to drugie na pewno będzie super. Miały to być rolady z kurczaka w szynce parmeńskiej ze szparagami w musztardowym sosie — przepis z jednej z moich ulubionych stron. Robiony razy już kilkanaście. Roladki zawsze wychodziły cacy, aż do wtedy. Pierś wyszła sucha, szynka się spiekła, a szparagi były twarde. Chociaż to w sumie nie było najgorsze. Prym wiodły niedopieczone młode ziemniaki w szarym kolorze... Chcąc sobie ułatwić pracę, pokroiłem i przyprawiłem je kilka godzin wcześniej. Już przed pieczeniem zdążyły nabrać nieapetycznego koloru, a później mimo ponad półtorej godziny w piecu nadal były surowe. Przez te wybitne danie główne już nawet nie pamiętam, co przyrządziłem na deser, ale pamiętam jedno — sprawę uratowały babcine pierogi schowane w lodówce na wszelki wypadek. Pokazało to niechybną wyższość babcinej kuchni nad moim kucharzeniem, bo ruskie były po prostu znakomite i uratowały ten wiszący już na włosku wieczór...

4. Jaka jest Twoja ulubiona książka kucharska?

To trudne pytanie, bo w każdej znajduję coś wartościowego i każda wprowadza mnie w zupełnie inny świat. Jednak jest jedna książka, do której mam największy sentyment, bo była pierwszą na mojej półce. Przeszło 10 lat temu nie mogłem oderwać oczu od pewnego programu kulinarnego, nadawanego wówczas w telewizji. Prowadził go, dziś znany już bardzo dobrze w całej Polsce, Pascal Brodnicki. Pamiętam, że wtedy bodajże co sobotę siedziałem wlepiony w ekran, czerpiąc na potęgę inspirację do własnych poczynań w kuchni. Niedługo później Pascal wydał swoją pierwszą książkę kucharską: Po prostu gotuj!, a ja niewiele potem stałem się jej posiadaczem. Ugotowałem z niej wtedy wszystkie potrawy, strona po stronie. Siedząc godzinami w kuchni, wyobrażałem sobie, że jestem na wizji i z pieczołowitością przygotowywałem każde danie. Cóż to była za kulinarna podróż dla tak młodego człowieka! I, mimo że dzisiaj nie uważam by ta książka była najpiękniej wydana, to mam do niej ogromny sentyment i cenię ją za to, czego mnie nauczyła.

5. Z jakiego powodu zaczęłęś/zaczęłaś blogować?

Powodów było kilka. Wszystkie równie ważne, bo spowodowały, że zacząłem robić, to co robię. A moje życiowe plany trochę się poukładały. Kiedyś, słuchając przemowy Steve'a Jobsa, którą wygłosił na Uniwersytecie w Stanford, usłyszałem jedne z najważniejszych słów w moim życiu: „Byłem szczęściarzem — odkryłem to, co kocham we wczesnych latach życia. [...] Jedyną rzeczą, która napędza nas do działania, jest miłość do tego, co robimy. [...] Praca wypełnia znaczną część naszego życia i jedynym sposobem na to, by być w pełni usatysfakcjonowanym, jest poczucie, że robisz coś wielkiego. A jedynym sposobem na robienie wielkich rzeczy jest uwielbianie tego, co robisz. Jeśli jeszcze tego nie odkryłeś, szukaj. Nie zaprzestawaj swoich poszukiwań. Bo tak, jak to jest ze wszystkimi sprawami serca, będziesz wiedział, że to znalazłeś.” Można tego człowieka uwielbiać lub nienawidzić. Dla mnie był on wizjonerem, a te słowa, jak i cała przemowa wryły się w moją głowę na zawsze. Stwierdziłem, że też jestem niesamowitym szczęściarzem, bo od zawsze wiedziałem, że kocham gotować. Pierwsze kroki skierowałem nie gdzie indziej jak do lodówki. Moimi ulubionymi zabawkami nie były samochody, lecz garnki. Całe dzieciństwo spędziłem w kuchni pod czujnym okiem mamy i babć, które mnie wszystkiego nauczyły. To jest coś, co mnie nakręca do działania. Sprawia mi niesamowitą frajdę i prawdopodobnie nigdy nie przestanie. To jedna jedyna rzecz, która nigdy mi się nie znudzi. Dlatego po wielu latach błądzenia i szukania swojej drogi, po jego właśnie słowach, stwierdziłem: kurcze, nad czym ja się właściwie zastanawiam? Jednak nie wszystko nastąpiło od razu. Cel został już określony, jednak droga do niego wciąż była mi nieznana.

Z początkiem 2013 roku wyjechałem do Hiszpanii na swoją największą przygodę życia. Pierwszy raz byłem zdany tylko dla siebie i musiałem gotować sobie każdego dnia. Jasne, miałem już całkiem spory bagaż doświadczeń w tej dziedzinie i od zawsze kochałem to robić. Jednak nigdy nie musiałem gotować z taką częstotliwością. To był dla mnie pierwszy egzamin. Codziennie chodziłem na targ i wybierałem często nieznane mi dotąd owoce morza, czy nawet owoce i warzywa. Każdego dnia inne, by uczyć się ich przyrządzania. Tam również wiele próbowałem. Kilka razy w tygodniu jadałem na mieście, a kuchnia hiszpańska stopniowo zdobywała moje serce. Pokochałem ją, tak jak Hiszpanię, która stała się dla mnie drugą ojczyzną. Raz w tygodniu, wraz z przyjaciółmi, przygotowywaliśmy obiady dla międzynarodowych studentów. Moim specjałem były pierogi, których lepić nauczyła mnie moja babcia. Za każdym razem zdobywały one serca moich znajomych i z czasem nie mogłem nadążyć za rozdawaniem na nie przepisów. Obecnie pierogi lepią moi znajomi na całym świecie: od Meksyku aż po Japonię.

Kiedy wróciłem do Polski, strasznie mi tego brakowało. Czułem, że zaczynam popadać w depresję. Brakowało mi słońca, hiszpańskiego stylu życia i gotowania. W zamian szukałem innego zajęcia, o którym już od dawna marzyłem. Przynajmniej tak myślałem, bo cały czas żyłem w przekonaniu, że jestem niespełnionym artystą, który wybrał inżynierskie studia. Poszedłem do szkoły rysunku. Tam spotkałem wspaniałą Kasię Wołodkiewicz, która stała się kolejną siłą napędową ku temu, co robię teraz. Zgłębiając podstawy rysowania, rosła we mnie świadomość pojmowania światła i cienia, chciałem to rozwinąć na gruncie fotografii, choć początki były bardzo ciężkie, co możecie zauważyć na moich pierwszych zdjęciach. Pamiętam, jak w grudniu 2013 roku, przyniosłem do pracowni wykonane przeze mnie domki i ozdoby z piernika i pochwaliłem się fotografiami mojej piernikowej wioski. Zalała mnie wtedy ogromna fala komplementów, to był kolejny bodziec. Na zajęciach podczas długich godzin rysunku zawsze dużo rozmawialiśmy o jedzeniu. Dla mnie to był temat rzeka. Wtedy też poznałem zalety kaszy jaglanej czy karobu i zacząłem bardziej eksperymentować w zdrowej kuchni. Jednak to mi nie wystarczało. Ta duża doza kreatywności, która została mi przekazana przez Kasię i Kamila (prowadzących zajęcia), spowodowała, że zapragnąłem tę pasję rozwijać i przekazać ją innym. Punktem przełomowym było zrobienie przeze mnie po raz pierwszy francuskich makaroników i ich sfotografowanie. Były one pierwszym wpisem na blogu i kamieniem węgielnym tej strony. Tak już jakoś popłynąłem i aż do dziś nie potrafię skończyć, ale to chyba dobrze, nie? Od tego czasu gotowanie staje się moim sposobem na życie, a blog jednym z miejsc do ekspresji mojej pasji.

6. Jak sobie radzisz z brakiem weny?

Wtedy nie tworzę. Uważam, że gotowanie, to przekazywanie nie tylko smaków, zapachów i pomysłów, ale także emocji. Brak weny oznacza u mnie jednocześnie brak pozytywnych emocji. Wtedy nie gotuję, bo mi to zwyczajnie nie wychodzi. Już nie wspominając o zdjęciach, które lądują od razu w wirtualnym koszu. Już się tego nauczyłem — brak weny to czas dla mnie na odpoczynek i tyle.


7. Leniwe śniadanie czy kolacja na bogato?

Jakiś czas temu to się u mnie zmieniło. Kiedyś bardziej doceniałem leniwe weekendowe śniadania, na których przygotowanie zużywałem bardzo wiele czasu. Teraz rano wystarczyłaby mi po prostu kawa i zmuszam się, żeby zjeść cokolwiek. Poza tym zwyczajnie brak mi rano czasu. Kolację cenię zaś za celebrowanie posiłku, czego nauczyłem się w Hiszpanii. Najczęściej jemy ją w gronie przyjaciół i najbliższych, popijając wino. Toczą się rozmowy, jest wesoło, a akompaniuje temu wspaniały posiłek. Więc zdecydowanie wolę tę drugą opcję.

8. Wymarzone miejsce na posiłek (może to być restauracja, ale również ot po prostu miejsce).

Myślę, że byłaby to egzotyczna plaża. Leżę na hamaku pod palmami, popijając piña coladę prosto z kokosa i podjadam egzotyczne owoce. Nic więcej do szczęścia nie byłoby mi potrzebne. Chociaż molekularną kolacją u Ferrana Adrià lub najlepszym sushi u Jiro Ono na pewno bym nie pogardził.

9. W mojej lodówce znajdziesz na pewno… 

Serio mam pisać tutaj tę litanię? W mojej lodówce zawsze musi być wszystko, co potrzebuję do gotowania, ale zdecydowanie nie brakuje w niej nabiału, którego jestem wielkim fanem i ogromnych ilości sezonowych warzyw, bez których nie wyobrażam sobie żadnego posiłku.

10. Gdzie wybrałbyś się na kulinarną podróż życia?

Do Tajlandii, zdecydowanie! Kocham ich zbilansowane połączenie smaków: słodkiego, kwaśnego, słonego i ostrego. Do tego piękne widoki, wypchane po brzegi stragany i egzotyczne owoce, które kocham.

11. Jaki jest twój magiczny składnik?

Jestem anonimowym „dolewaczem” sosu sojowego. Dodaję go do każdej możliwej potrawy, serio! Nawet niedzielny rosół się bez niego nie obędzie. A czy jest magiczny? Nie wiem, ale czasami naprawdę działa cuda!

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłem, ale mój niekończący się słowotok potrafi nie znać granic. :)

WYRÓŻNIENIA

A teraz porcja moich wyróżnień. Liebster Award zakłada promowanie blogów nowych. Jednak ja postanowiłem wybrać te blogi, które są w pewnym sensie nowe dla mnie i których twórców miałem okazję niedawno poznać osobiście, dzięki czemu zdobyli oni moje serce i uznanie. Nie było to wcale łatwe, ponieważ ostatnie miesiące obfitowały w niesamowicie dużą ilość blogowych znajomości i odkryć. Dlatego też skupiłem się na blogach z Wrocławia, nie licząc dwóch, których nie wyobrażałbym sobie nie wymienić, ponieważ ich autorzy są dla mnie bardzo ważni.

Nowa codzienność: Edek i my

Edkowych — Agnieszkę i Kubę poznałem podczas jednej z pierwszych konferencji WroBlog. Ci niesamowici, pełni pasji ludzie, którzy tak jak ja, kochają dobrze zjeść i podróżować po świecie, spowodowali, że od razu znaleźliśmy wspólny język. Gdy po konferencji wylądowaliśmy na afterze, to niekończąca się fala rozmów spowodowała, że siedzieliśmy tam do białego rana i gdyby nie wyrzucono nas z lokalu, to nie wiem, czy kiedykolwiek by się ona zakończyła. Agnieszka z Kubą nie piszą na swoim blogu wiele, ale za to robią piękne foty, które wyrażają znacznie więcej — pokazują ich codzienność, miłość do siebie i ich syna Edka, razem z którym ich blog dorasta i dojrzewa. To piękne miejsce w sieci — prawdziwe, naturalne, pełne radości i cudownych wspomnień z ich życia. Myślę, że i Wy je pokochacie. Moimi pytaniami chcę ich przy okazji zmusić, żeby powiedzieli o sobie trochę więcej na blogu, bo w rzeczywistości mają do powiedzenia bardzo wiele. ;)

Nowa przyjaźń: Fill The Bowl

Wiktorii z bloga Fill The Bowl zawdzięczam bardzo wiele i za to jestem jej niesamowicie wdzięczny. To właśnie ona mnie wyłowiła z sieci miliona innych blogów i zaprosiła do współpracy w Codzisw.menu. Gdyby nie Wiktoria, to do dzisiaj nie poznałbym tylu niesamowitych ludzi i nie robił tak fajowych rzeczy, które robię teraz. Dziękuję Ci za to publicznie i przy wszystkich, jesteś niesamowita! Osobiście poznaliśmy się już po kilkunastu tygodniach wspólnej współpracy w Gdańsku. Zupełnie przypadkiem, los bywa niesamowity! Tego dnia wpadłem tam tylko na chwilę, a gdy spotkałem się z Wiktorią, to nie chciałem kompletnie stamtąd wracać. Spóźniłem się na kilka pociągów i cudem zdążyłem na ten ostatni — tyle mieliśmy sobie do opowiedzenia! Wiktoria totalnie oczarowała mnie swoją osobą i już wtedy wiedziałem, że to będzie przyjaźń na lata. Przechodząc do samego bloga, bo w końcu o tym głównie przecież mowa, Fill The Bowl to miejsce dla nietypowych łasuchów, którzy zdrowie (ale i smak) stawiają na najwyższym stopniu podium. U Wiktorii nie znajdziecie białego cukru ani mąki, ale za to zachwyci Was ciasto z buraka czy pizza z batata. Fill The Bowl to miejsce z niezwykłymi przepisami, które niekiedy powodują, że taki tradycjonalista jak ja często łapie się za głowę, by później móc mlaskać przy ich jedzeniu. :)

Nowe krytyka: Hasta la bistro!

Bloga o tej fenomenalnej nazwie poznałem również podczas jednej z konferencji WroBlog. Tworzą go dwie przesympatyczne dziewczyny: Aga i Kasia, które podobnie jak ja, uważają, że nie ma miłości bardziej szczerej jak miłość do jedzenia. Zakamarki miasta (Wrocławia) zgłębiają z olbrzymim apetytem, a pisząc o nich, nie boją się krytyki. Za to je bardzo cenię i mocno kibicuję, by ich blogowa kariera rozwijała się w zawrotnym tempie.

Odkryty na nowo: Kraina Sosny

Bloga Sosny znam w zasadzie od samego rozpoczęcia mojej „kariery” z blogowaniem, ale niedawno poznałem go na nowo. Jego słodka różowa kraina zachwyciła mnie od razu, co zdarza się nad wyraz rzadko. Przepiękne przemyślane w każdym calu zdjęcia, fajne autorskie przepisy na łakocie, do których od zawsze mam ogromną słabość i lekki styl pisania. To wszystko zdecydowanie spowodowało, że z niecierpliwością wyczekiwałem każdego nowego posta. Sosna pokazał mi też, że mam do czego dążyć: moje foty na początku były tragiczne, a patrząc na jego, co rusz się zachwycałem i umierałem z zazdrości i myślałem — jak on to robi? Jednak największym przełomem był moment, kiedy z wzajemnie pisanych na blogach komentarzy przeszliśmy do etapu rozmowy. Zaczęliśmy wymieniać kulinarne poglądy i pisaliśmy godzinami o jedzeniu — wspólne tematy spowodowały, że się zakumplowaliśmy. Koniec końców wyszliśmy poza wirtualną przestrzeń i spotkaliśmy się tego lata spontanicznie w Warszawie. To było coś! Od tego momentu patrzę na Krainę Sosny z innej perspektywy, bo wiem, jak fantastycznym człowiekiem jest jej autor.

Nowe refleksje: Poza szablonem

Jędrka z Poza Szablonem miałem przyjemność poznać podczas #4 konferencji WroBlog. Wtedy jeszcze jego blog był na etapie tworzenia, ale gdy ten etap się skończył, to ruszył pełną parą. Blog kompletnie niekulinarny, choć wspólny język znaleźliśmy właśnie na „jedzeniowym” gruncie. Co mnie w nim zachwyca, to fakt, że jest niezwykle przemyślany. Jędrek wie, do czego dąży i jak te dążenia urzeczywistnić. Jego teksty są prawdzie, świetne pod względem merytorycznym i zmuszają do zatrzymania się na chwilę i odpowiedzenia na zadane przez niego pytania i poruszaną problematykę. Ten młody człowiek jest pełen energii i niesamowicie dojrzały jak na swój wiek i jestem pewien, że zajdzie bardzo daleko; głównie dlatego, że potrafi wyjść z szarej masy i żyć poza szablonem.

Nowy apetyt: Z widelcem po Wrocławiu

Ponownie wchodzimy w sferę kulinariów! Magdę — Matkę Przełożoną Widelca oraz Martę, która dla Widelca również je i pisze, poznałem podczas uroczystego urodzinowego śniadania Bazaru Smakoszy. Wtedy też po raz pierwszy odkryłem ich blog. Później przyszedł również czas na Ojca Założyciela — Adriana i Gochę — miłośniczkę małej czarnej, a to i tak nie koniec widelcowej ekipy! I, mimo że wszystkich jeszcze nie zdążyłem poznać to jedno jest pewne — każdy z nich kocha jeść i o jedzeniu pisać, co widać w każdym ich poście! Biegają po Wrocławiu, chodzą po restauracjach, próbują, smakują i to wszystko dla Was z pieczołowitością opisują. Jeśli się zastanawiacie, gdzie można zjeść dobrze w naszym mieście, a które miejsca należy omijać szerokim łukiem, to koniecznie zajrzyjcie na ich bloga! Nikt inny w naszym mieście nie wie tak dobrze, jak oni, do którego talerza warto włożyć swój widelec. ;)

PYTANIA

1. Skąd pomysł na założenie bloga?
2. Największa frajda w blogowaniu to?
3. Najbardziej inspiruje mnie/nas?
4. Największy kulinarny sukces i największa kulinarna porażka?
5. Comfort food?
6. Smak dzieciństwa?
7. Słodki czy słony?
8. Co decyduje o przekroczeniu progu restauracji?
9. Wymarzona podróż ku poznaniu nowych smaków?
10. Ukochany i znienawidzony składnik?
11. Przepis na sukces w sieci?

Zainteresował Ciebie ten wpis? Zobacz również:

14 komentarze

  1. oo.. faktycznie długo! :)
    Masz całkiem odwrotnie niż ja- na noc nie lubię się przejadać, za to rano mam wielki apetyt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kto mówił o nocy?! ;P U mnie od kolacji do snu mija zawsze co najmniej kilka godzin. Ale faktem jest, że rano trochę muszę się zmuszać do jedzenia ;)

      Usuń
  2. wielki dzięki za miłe słowo o Widelcu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tworzycie fajne treści, więc nie mogłem postąpić inaczej ;)

      Usuń
  3. Łukaszu, dzięki za miłe słowa :) Co prawda prowadzę blog niekulinarny (jak wspomniałeś), ale może wyjdę poza szablon i też napiszę coś od siebie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbuj Jędrzeju! Zawsze możesz podejść do tematu trochę niekulinarnie, bo niektóre pytania wcale szablonowe nie są :)

      Usuń
  4. Odkąd rozpoczęłam praktyki w cukierni, temperuję czekoladę nawet kilka razy dziennie :) I powoli zaczynam się z nią oswajać ;) Tak jak piszesz - mimo dokładnie przestrzeganej procedury, czasem po prostu strzela focha...
    A pomyśl, jaka to presja, gdy stoi nad Tobą szef ;)
    To, że im człowiek bardziej się stara, tym gorzej wychodzi, to standard. Niestety...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurcze, to ja biegnę w takim razie do Ciebie na nauki! :D Bo ja ostatnio mam wrażenie, że czekolada coraz bardziej mnie nie lubi i chyba czas ją okiełznać :D I fakt, prawa Murphy'ego działają niezmiennie od zawsze :P

      Usuń
  5. Ale zazdroszczę tej Hiszpanii! Kiedy byłam rozmarzoną nastolatką w dwóch miastach poczułam się jak w domu i powiedziałam sobie, że kiedyś w nich zamieszkam. Była to Praga i Barcelona. Z tą pierwszą się udało a Barcelonę pozostawiam na emeryturę :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim domem stała się za to Walencja i to w sumie przez przypadek, bo chciałem jechać właśnie do Barcelony, ale był problem z umowami pomiędzy uczelniami, więc zrezygnowałem. Później się z tego faktu ucieszyłem, bo w Barcelonie spędziłem dwa lata temu Wielkanoc i trochę się zawiodłem. To znaczy samo miasto bardzo mi się podobało, ale jakoś nie pasowała mi atmosfera tam panującą i ta ilość turystów. Ale sądzę, że niedługo ponownie się tam wybiorę, żeby zmienić zdanie. :D A Pragę również bardzo lubię. To niezwykle klimatyczne miasto.

      Usuń
  6. Bardzo przyjemnie się czytało. A nie ukrywam, że nie czytuję wszystkich nominowanych do Liebster Award. Spełnienia marzeń :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę i dziękuję! ;) Po cichu przyznam, że również nie czytam i nie odpowiadam na takie nominacje, ale Trawka Cytrynowa mnie do tego przekonała. :)

      Usuń
  7. Świetny "wywiad", bo tak to się właśnie czytało :) Cóż, najbardziej ubawiłam się, gdy opowiadałeś o tej pierwszej randce i niewypałach. Ale to tak właśnie często bywa. Ja też nigdy nie sięgam w podobnych sytuacjach po nowe przepisy, tylko po coś sprawdzonego, ale jak nam zależy i to baaardzo, wtedy porażka murowana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi niesamowicie, że dobrze się czytało, a tym bardziej, że komukolwiek chce się dobrnąć do końca. :) Haha, ładnie to tak śmiać się z cudzego nieszczęścia? :P Ja wtedy myślałem, że spalę się ze wstydu! :D I fakt, w takich sytuacjach wszechświat nam się sprzeciwia, dlatego warto wybierać najbezpieczniejsze opcje. ;)

      Usuń